admin/ Luty 8, 2018/ MTB/ 0 comments

Nadszedł w końcu moment, żeby powspominać weekendowe zmagania w Górach Stołowych. Już po raz drugi miałem przyjemność wziąć udział w Monteria Fatbike Race.

Środek zimy to nie jest podobno najlepszy czas na 30-kilometrowe rowerowe doznania ze średnim pulsem 181 bpm, ale czego się nie robi dla dobrej zabawy. A ta zaczęła się już w piątek 02.02.2018 od 3-kilometrowego nocnego prologu. Samo słowo „nocny” w kontekście ścigania na rowerze brzmi już ciekawie, a jak się uwzględni takie dodatki, jak: śnieg, lód, kamienie i zupełnie nieujeżdżony rower, to jest już pełnia szczęścia szalonego cyklisty. Plan był taki, aby sobie nie zrobić krzywdy – udało się! Po przybyciu w piątek do Karłowa i odnalezieniu pozostałych członków ekipy (nie było to takie proste, bo do Karłowa nie dopływa zbyt wiele fal sieci komórkowych) pozostała niespełna godzina do startu czasówki. Jako że w aucie miałem spakowane dwa rowery, musiałem szybko zdecydować, na którym pojechać prolog. Do wyboru miałem swoją poczciwą B12-tkę Krossa i coś, na czym nigdy wcześniej nie siedziałem, czyli GRIST 2.0 też od Krossa, a raczej od Bartka, który dwa dni wcześniej przeskakując na nim „największego dropa na Chrumie” naderwał sobie roto…coś w lewej ręce i zamiast walczyć o generalkę, musiał kibicować nam z domu. Przed startem udało mi się przejechać całą 3-kilometrową trasę prologu i utwierdzić się w przekonaniu, że dokonałem słusznego wyboru. Te 3″ oponki dają zdecydowanie lepszy komfort i bezpieczeństwo podróżowania po oblodzonych, ledwo widocznych kamieniach. Prolog udało mi się ukończyć na 6. miejscu OPEN z czasem 9 min i 41 sek.

Sobotni poranek przywitał nas piękną pogodą. Zza rzadkich chmur wyglądało słońce, temperatura na lekkim minusie. Przed startem dobrze jest się rozgrzać, więc wsiadłem na GRIST’a i pojechałem  na pierwszą górkę na trasie. Widoki zacne:

Atmosfera wśród zawodników świetna. Wszyscy uśmiechnięci i bez zbędnej spiny ruszyliśmy punktualnie o 11:00 na trasę. Udało mi się wjechać pierwszy podjazd z czołówką. Drugi już nie, ale wraz ze mną odpadł jeszcze jeden kolega zza czeskiej granicy, który choć wolniej niż czołowi zawodnicy, to i tak na tyle mocno kręcił, że początkowo nie było łatwo utrzymać mu koło. Dogoniliśmy nawet w pewnym momencie Darka Porosia, ale ten dokręcił mocniej w drugiej części wyścigu i odjechał nam. Na trasie było mnóstwo miejsc pokrytych lodem i koleinami. To połączenie gwarantowało brak nudy. Nie było chyba zawodnika na tegorocznej Monterii FB, który by nie zatańczył na rowerze w takich warunkach. Ja leżałem tylko raz – wyłożyłem się na zakręcie tuż za Darkiem i … tuż przed fotoreporterami (jak macie to na focie, to poproszę ;). Rower, pomimo niemałej wagi i 3-calowych opon, nieźle sobie radził na płaskich szutrowych odcinkach. Jego środowiskiem naturalnym są jednak zdecydowanie zjazdy, na których amortyzowany widelec, regulowana wysokość siodła i grube opony dają taki komfort, jakby się przelatywało nad kamieniami i nierównościami – po prostu bajka!

Pierwsze zjazdy jechałem jeszcze dosyć zachowawczo, żeby wyczuć maszynę, ale ten ostatni (ładnie go widać na Stravie) niemalże „przefrunąłem”, zyskując do czeskiego towarzysza wyścigu około 200 metrów przewagi.Niestety szybko zaczęła ona topnieć, gdy zaczął się finałowy 4-kilometrowy podjazd. Odczułem już spore zmęczenie prawie półtoragodzinną jazdą na wysokich obrotach. Ta góra na końcu wymęczyła mnie na dobre.

Cukier spadł z takim trzaskiem, że myślałem że zejdę z roweru i pójdę pieszo (oczywiście, jak na amatora przystało, nie zabrałem nic do jedzenia), ale jakoś udało się dotrzeć do szczytu wzniesienia. Przyozdobiony w błotko spod czeskiego koła, ujechany, ale szczęśliwy wpadłem na metę, kończąc wyścig na 10 miejscu w open i 7 w kat. do 3 cali. 

 

Dziękuję za świetne fotki: Cris Froese Picsultimasport.pl

Tu możesz polubić i udostępnić ten artykuł oraz dopisać się do newslettera:
error0
Share this Post

Leave a Comment